Czego nauczyła mnie książka Kari Herbert "Żony Polarników"


Kari Herbert, w swojej książce "Żony polarników" pisze o bohaterkach i bohaterach. Chociaż to mężczyźni odmrażali sobie stopy, z głodu dopuszczali się kanibalizmu czy błądzili skrajnie wyczerpani po polarnych pustkowiach, podczas gdy ich żony spały w ciepłych łóżkach i spacerowały syte po parkach, to one również odznaczyły się heroizmem. Twierdzę tak, bo dzięki tej książce poznałam sylwetki silnych, zaradnych, samodzielnych kobiet z fantazją. Kobiet, które znały swoją wartość, miały plany i pasje. I mężczyzn: odważnych, zdecydowanych i pomysłowych pionierów. I gdy ci mężczyźni spotkali te niezwykłe kobiety, to ulegli ich czarowi. Gdy te kobiety zobaczyły jacy mężczyźni się do nich zalecają, to nawet najbardziej wybredne dały się usidlić. I po pierwszych latach małżeństwa, które były piękne i pełne przygód i pasji, niemal każda z nich została sponiewierana w najbardziej bezwzględny sposób. Ci mężczyźni, tacy piękni, zdradzali swoje żony, zostawiali je z obowiązkiem prowadzenia całego domu i wychowywania dzieci, nie bacząc na ich ambicje i pragnienia. W swoich megalomańskich wahaniach przyciągali je i odpychali. Gdyby nie małżeństwo i nie czasy w jakich przyszło im żyć, te kobiety mogłyby osiągnąć znacznie więcej niż ich mężowie. I to jest rozdzierająco przykry wniosek jaki płynie z tej książki. A jakie jeszcze inne rzeczy można wysnuć po lekturze?


Po pierwsze nie bądźmy jak Shackleton. 

Ernest Shackleton, jeden z bohaterów, to człowiek, który nigdy nie bywał szczęśliwy. Podczas podróży polarnych tęsknił za rodziną, natomiast wracając do domu, nie potrafił wytrzymać w nim dłużej niż kilka miesięcy. Jego żona Emily, mówiła, że nie godzi się trzymać orła uwiązanego na podwórku. Chciała w ten sposób wyjaśnić, skąd w niej tyle zrozumienia dla wieloletnich nieobecności męża w domu. Ernest będąc z rodziną szybko się nudzi, więc powołując się na zew przygody wyrusza na kolejną ekspedycję, aby po krótkim czasie pisać do Emily dramatyczne lisy pełne tęsknoty i pewności, że jego miejsce jednak jest przy żonie i dzieciach. A potem wraca i wszystko zaczyna się od nowa. 
Dlatego nie bądźmy jak Shackleton i podejmujmy świadome decyzje. Całe życie byłam jak Ernest, niby się na coś decydowałam, aby chwilę potem koncentrować się na opcjach, które odrzuciłam i coraz głębiej wierzyć, że to one były dla mnie właściwe.
Postać Shackletona uświadomiła mi, że to najprostsza droga do bycia permanentnie nieszczęśliwym, jak i również najskuteczniejsza metoda unieszczęśliwiania najbliższych. Decydujmy jak czujemy, postępujmy zgodnie z energią i nie roztrząsajmy tego później tygodniami. Nie obarczajmy bliskich naszymi wątpliwościami. Życie jest bogate w spektakularne zwroty akcji i nasze decyzje to tylko jedna dana, które na nie wpływa. Owszem, są ważne, ale raz podjęte, niech automatycznie się zamykają i będą konsekwentnie realizowane do końca. Serio, nie bądźmy jak Shackleton, którego żona musiała samodzielnie spłacać jego długi, zaciągnięte na poczet polarnych ekspedycji, opiekować się dziećmi sama za jego życia i po jego śmierci. Nie zmuszajmy naszych bliskich do wspierania nas cały czas do tego stopnia, że muszą całkowicie rezygnować z siebie, bo nasze miotanie się wprowadza chaos również w ich życie. 
Decyzje są od tego, żeby je podejmować a następnie się z nimi mierzyć.    

Po drugie bądźmy jak Kathleen Scott. 

Robert Scott umarł. Jednak zanim do tego doszło, Kathleen będąc jeszcze bardzo młoda, wpadła na świetny pomysł - urodzi syna. Kto będzie ojcem było dla niej ważne tylko o tyle, o ile chodziło o najlepsze możliwe geny. Tylko ktoś wielki da jej takie dziecko jakie planuje urodzić. I choć zalotników było po drodze wielu, bo i Kathleen nie próżnowała i wiodła przed ślubem życie nasycone wydarzeniami (np. była pielęgniarką w szpitalu polowym, studiowała sztukę i rzeźbiła) to właśnie polarnik Robert Scott okazał się wystarczająco niezwykły. A potem go pokochała, wzięła z nim ślub i faktycznie urodziła syna - Petera. A następnie Scott wypłynął w kolejną ekspedycję i umarł. Ona dowiedziała się o tym później niż inni, bo akurat jak Robert był w drodze, to - zamiast biernie na niego czekać - wypłynęła, żeby wyjść mu na spotkanie. A gdy się w końcu dowiedziała, to wpadła w czarną rozpacz! Zapadła się w sobie! A potem podjęła decyzję, że jedynym sposobem na dalsze życie, jest radość i zatracenie się w tym co ono oferuje. I w związku z tym konsekwentnie i z fantazją ruszyła do przodu! Tańczyła, podróżowała, rzeźbiła, była gwiazdą życia towarzyskiego w kilku europejskich miastach. Po jakimś czasie wyszła za mąż po raz kolejny i stała się baronową, a także urodziła jeszcze dwoje dzieci. Kathleen celebrowała życie. Spełniała marzenia, tworzyła, pracowała, oddawała się miłosnym uniesieniom, pielęgnowała przyjaźnie, była szczęśliwa mimo wszystko. Nigdy nie zapomniała o Robercie - jest autorką kilku jego rzeźb i popiersia, jednak poradziła sobie z żałobą poprzez radość i korzystanie z życia. Nie przez hedonistyczne zatracenie w przyjemnościach, ale soczyste czerpanie ze wszystkiego co ze sobą niesie oraz szczodre dawanie od siebie.
Bądźmy jak Kathleen Scott! Starajmy się nie chować przed życiem i być szczęśliwi. Miejmy odwagę realizować swoje pragnienia, pracujmy ciężko, pomagajmy innym, dbajmy o przyjaźnie i nie uginajmy się nawet pod ciężarem największych nieszczęść. Znajmy swoją wartość i wierząc, że świat ma wiele do zaoferowania sięgajmy po niego zachłannie. I kochajmy. Siebie i innych. Bądźmy serdeczni i potrzebni.    


Po trzecie nie bądźmy jak Jo Peary. 

Jo miała ambicje i była odważna. Od samego początku maszerowała z mężem ku przygodzie ramię w ramię. Razem z nim zamieszkała na mroźnej Północy wśród Innuitów. Pokochała go bardzo i sama była trawiona głodem przygody. Potrafiła pielęgnować załamanego Roberta po tym jak złamał nogę podczas ekspedycji, podtrzymując go na duchu i dbając o przeżycie ich obojga mimo ekstremalnych warunków. Aż w końcu urodziła w Arktyce dziecko - córeczkę. I chociaż to miał być piękny początek, to okazał się mrocznym końcem. Mąż odesłał ją do domu i sam kontynuował życie pełne przygód. Potem mu lekko odbiło, i jak się dowiedziała podczas ekspedycji ratunkowej - zdradzał ją z Innuitkami, będąc przekonany nie tylko, że ma takie prawo, bo mężczyzna seksu potrzebuje niezależnie od okoliczności, ale również, że ma taki obowiązek, bo płodząc mieszane dzieci ma szansę stworzyć nadczłowieka. Jak konkretnie się dowiedziała? Powiedziała jej to beztrosko jego kochanka z mieszanym synkiem na plecach. Jego synkiem. Chociaż przeżyła to bardzo, wybaczyła, bo żona musi wspierać męża. Poza tym, kim po tylu latach była Jo bez Peary'ego? Do domu wrócił jako kaleka, zaślepiony megalomańskim przekonaniem, że musi ten Biegun Południowy zdobyć jako pierwszy. Czy faktycznie mu się to udało, pozostaje kwestią mętną. Ważne, że dalej zdradzał, spłodził jeszcze dwoje mieszanych dzieci i mimo kalectwa zostawiał Jo samą na wiele miesięcy, a ona pozostała mu wierna aż do śmierci, broniła histerycznie jego dobrego imienia do końca.
Nie bądźmy jak Jo. Nie rezygnujmy z siebie i ze swoich marzeń, a już zwłaszcza dla kogoś innego. A już na pewno, żeby on naszym kosztem mógł realizować swoje marzenia. Nie pozwólmy nikomu się poniżać, nie traćmy wiary, że jesteśmy samodzielni i damy radę! Nigdy nie bądźmy jak Jo Peary. Kochajmy siebie mądrze i bądźmy silni i dumni.

Po czwarte nie bójmy się być jak Jane Franklin.

Ach ta Jane! Postać tak ambiwalentna, że aż dech zapiera! Jane była drugą żoną Johna Franklina - zdobywcy i polarnika, trochę nieporadnego, średnio rozgarniętego. Od samego początku, gdy tylko pojawia się na scenie, odnosimy wrażenie, że małżeństwo jest dla Jane środkiem do osiągnięcia celu. Franklin ma córkę z poprzedniego małżeństwa, którą, z perspektywy całego życia, Jane w zasadzie zignorowała. Macochą była wręcz podręcznikowo paskudną. Pod nieobecność męża wolała się skupić na podróżowaniu, również samotnie (lub w towarzystwie młodego i niezwykle przystojnego duchownego). Mąż musiał spędzić w Londynie wiele tygodni namawiając żonę, żeby już wróciła do domu... W końcu gdy wróciła, namówiła niezdecydowanego Franklina by przyjął posadę gubernatora Tasmanii, którą w zasadzie jednak ona zarządzała, niczym klasyczna "szara eminencja". Jej mąż okazał się zbyt naiwny i niezaradny i uległ jej wpływowi całkowicie. Gdy zginął podczas kolejnej wyprawy (przepłynąć tzw. Przejściem Północnym), Jane wysłała wiele statków poszukiwawczych, heroicznie zdobywając fundusze na te wyprawy. Uruchomiła tak niewiarygodne znajomości jak Dickens, żeby strzec dobrego imienia męża. Na swój sposób wpadła w szał poszukiwań, który trwał kilka lat (w międzyczasie ojciec ją wydziedziczył, w obawie, że cały majątek przetraci na szukanie Johna). Pieniądze należące się córce Franklina w zasadzie przepuściła całkowicie. Gdy okazało się, że John nie żyje, ruszyła znów w podróż. Razem ze swoją siostrzenicą robiła rzeczy niezwykłe! Zdobywała szczyty, wędrowała pustyniami, była przy odkrywaniu grobowców egipskich faraonów! I to wszystko do bardzo późnej starości!
Dlaczego warto być jak Jane Franklin? Ponieważ życie jest krótkie i jeśli już się w coś angażować to najlepiej jak Jane - bez reszty. Nie wiedziała co to znaczy "niemożliwe" gdy szukała Johna. Zarazem warto dbać o siebie i dążyć do realizacji swoich pragnień z całą mocą, nie oglądając się na przeciwności losu czy utrudnienia. Jane zdecydowanie wiedziała co robi wychodząc za mąż i jak jej to ułatwi uleganie najgorętszej namiętności - przeżywanie przygód i wojaże. Jane sięgnęła po swoje z impetem i zdecydowanie. Kochała siebie, znała i rozumiała swoje potrzeby. I to jest właśnie najważniejsze w jej postawie.
Dlaczego można się bać być jak ona? Ponieważ Jane Franklin niespecjalnie oglądała się na innych. Poza wszystkim zapisała się również jako osoba, która postępowała okrutnie ze swoją pasierbicą (macierzyństwo stanęłoby jej na drodze w życiu na swój sposób awanturniczym). Jane to tez osoba, która wzięła ślub z mężczyzną, którego prawdopodobnie od początku zamierzała manipulować (znała swoje priorytety). W końcu Jane często wykazywała się egoizmem.
Jednak nie bójmy się brać z postawy Jane tego co wartościowe, nie bójmy się również naginać czasem zasad.        

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Rzuć, bracie, blagę, i choć na Pragę, weź grubą lagę, melonik tyż!"